Czas iść do roboty

Rika:

M i A wpadli na najgłupszy pomysł świata. I to w trakcie jakże przyjemnego, wieczornego leżakowania.  Wszyscy relaksowaliśmy się razem na kanapie i nic nie wskazywało na to, że ktoś zacznie wyskakiwać z głupimi pomysłami. Przynajmniej nie M i A, bo że Lucynie zaraz coś odbije, tego spodziewa się każdy i wszędzie.  Leżałyśmy sobie z M i patrzyłyśmy głęboko w oczy. W takich momentach  wychodzi ze mnie jakaś silna potrzeba podania łapki. Zawsze ją podaję w momentach wzruszenia, zakłopotania lub kiedy czuję głód . Obcym też podaję łapkę, jak przestanę już szczekać.  Zazwyczaj nikt nie prosi o łapkę, ale ja wolę podać. Taki odruch już mi się  chyba narobił. Leżąc też potrafię ją podawać.  M chwyciła mnie za paluszki i powiedziała na głos ” Rikusia to jest taka kochana, że mogła by być psem do dogoterapii. Cierpliwa i taka delikatna do dzieci”. O! widzisz A !  Jak po tym kryzysie coś by nam się popsuło, to my te psy do roboty wyślemy! Testowanie chrupek to za mało. Lucyna podobno ma duży talent to detekcji ( szukania słoików z jakimiś zapachami). Co innego, więc mogłoby im przyjść do głowy, jak nie praca na lotnisku. Każdy w psim świecie, chociaż raz słyszał historie, o psach tam pracujących. Ale serio?! Lucyna?! Przecież ten gówniak, to nieogarnięty huragan, to istne tornado, trąba powietrzna… Tydzień jej pracy na tym lotnisku i nie mieliby gdzie lądować.  Musiałoby ich nieźle przycisnąć, żeby się na to zdecydowali.

Najbardziej ciekawa byłam co wymyślą dla Balbiny. Ona przecież brzydzi się nawet błotem pobrudzić. Chodzić też nie lubi za długo. W dodatku ma bardzo mały zakres tolerowanych temperatur otoczenia. Raz się trzęsie z zimna, a raz dyszy, bo za gorąco. W Cv nie wpiszą jej na pewno, że umie pracować w grupie, bo jedyną grupą z jaką umie pracować jesteśmy my.  Obce psy dosyć szybko ją irytują. Owszem lubi się z nimi poprzeciągać linką, ale skoki, ganianie a tym bardziej podgryzanie to coś, na co Balbina sobie poza domem nie pozwala.

No i wtedy przypomniało im się coś, co od długiego czasu powtarza wujek K. To jest bardzo dziwne, więc trochę głupio mi Wam o tym  pisać. Wujek sądzi, że Balbina widzi więcej niż inni.  Jakby tego było mało, to uważa, że ona zna przyszłość. Nie zrozumcie mnie źle, bo kocham tą moją siostrę nad życie, ale czy to możliwe żeby pies o wyglądzie krewetki miał nadprzyrodzone moce?! Wujek  jednak  chyba na prawdę wierzy w to co sobie wymyślił. Tuli ją często mówiąc ” ohh Balbek…. Ty wiesz… żebyśmy my wiedzieli tyle ile Ty…”.  Ona wtedy wpatruje się w niego tymi swoimi ogromnymi, czarnymi oczami, co tylko utwierdza go w słuszności swojej teorii.  Kilka wieczorów temu, już po kolacyjce, przyłapał Balbinę na nieruchomym patrzeniu w dal i nie mógł się powstrzymać od stwierdzenia: ” Dar a zarazem przekleństwo”.                                                     Balbek nie może nieraz nawet iść sobie spokojnie do kuchni, bo wujek pyta odrazu ” Balbuś idziesz coś sobie przemyśleć?”.

Zaczęły się więc wymyślanki nowego zawodu dla naszej Dalajbalbalama. Obstawianie totolotka, wróżbitka…

A mnie zaczęła nachodzić pewna myśl. Dlaczego nikt nawet nie pomyślał o kocie?! Przecież to właśnie Aya, przepełniona jakże silnymi instynktami mogłaby zdobyć najwięcej pożywienia w ciężkich chwilach!  Jest cicha, szybka i skuteczna. Potrafi gołą łapą złapać nawet muchę w locie. Byłaby także świetnym płatnym mordercą lub ninją. Tylko, że my tu możemy sobie gdybać, ale prawda jest jedna. Kotka do żadnej roboty nie pójdzie. Chyba, że będzie miała ochotę… to pójdzie, ale jak jej minie ochota to się zwolni.

Mam nadzieję tylko, że jak ta praca miałaby się zacząć niedługo, to oni do tych prac dadzą nam maseczki, rękawiczki i płyn do dezynfekcji. Wirus nie odpuszcza, ale wiecie co? Spytałam Balbinę czy coś tam widzi w tej przyszłości. Wierzyć, nie wierzyć ale spytać nie szkodzi. Odpowiedziała, że będzie dobrze. Wytrzymajmy jeszcze trochę!

91823204_238843507237343_250168693802139648_n

 

 

 

Upadły Anioł

Lucynka:

Dzisiejszy wpis jest po to, aby Was ostrzec!

Chciałabym się tu z Wami podzielić jakąś super historyjką o wyjątkowej wycieczce, ale wiecie czemu to niemożliwe?! Bo my ostatnio nie mamy super wycieczek! Tak… jeździmy nad morze…nad jezioro…ewentualnie do lasku i to tyle! zabiera mnie jeszcze czasami na przejażdżkę do sklepu osiedlowego, ale wtedy to nawet nie wysiadam z samochodu. Wszystko przez jakiegoś wirusa, który  rozwleka się po świecie. Ja nie wiedziałam           w ogóle o co chodzi, ale M mi wszystko wyjaśniła. Od wirusa się choruje i może być niebezpiecznie. Możemy chodzić tylko do ogrodu i w wyżej wymienione miejsca, ewentualnie jechać do babci, amen.

Jak dobrze, że my jesteśmy z Balbinką i Rikusią takie kreatywne i wymyślamy sobie dużo zabaw w domu, bo inaczej to byśmy zwariowały. Dobrze też, że mamy dużo zapasów. Bez  przysmaków i naszego jedzonka to już byłoby po nas. Wiadomo, że w czarnej godzinie mogłybyśmy zjeść jajka z kurnika, ale wtedy to znowu byłaby awantura. Nie ryzykujemy bo atmosfera w czasie kwarantanny to rzecz kluczowa. Rika też przygotowuje zapasy. Nie do końca rozumiem do czego może jej się przydać pusta rolka po papierze toaletowym i brudna skarpeta, ale skoro to dla niej ważne to wszyscy w domu to akceptują.

Parę dni temu  pogoda była tak piękna, że natura postanowiła obudzić się na dobre. Ja nie wiem jak budzi się natura, ale M tak stwierdziła. Wiem natomiast, że w ogrodzie z ziemi zaczęły wychodzić żaby! Jedna po drugiej. Pełno żab w naszym ogrodzie zrobiło sobie wiosenną imprezkę, a raczej drogę wolnego ruchu do stawu sąsiadów. Nie powiem, żeby mnie to nie denerwowało. Mówiąc dosadniej to ja bym je wszystkie posłała tam gdzie żaby zimują. Tym bardziej się ucieszyłam jak M i A powiedzieli nam, że idziemy na spacer do lasku. Przynajmniej tam nie będzie tych skaczących, gumowych piszczałek.

W lasku ostatnio pojawiła się ciekawa tajemnica.  Możecie wierzyć lub nie, ale w krzakach leży upadły anioł. Skąd się wziął i jak upadł ? Nie wiem! Nie wiem co o tym myśleć. Obwąchałyśmy go dokładnie ostatnio i uznałyśmy sprawę za nieco dziwną. Tym bardziej ucieszył nas pomysł pójścia na spacer właśnie tam. Musiałyśmy koniecznie sprawdzić, czy upadły anioł nie wstał. Szliśmy sobie powolutku i było na prawdę przyjemnie.  Chociaż na chwilę zapomniałam o całej tej wirusowej aferze. Ptaszki rozśpiewały się na dobre i spacer dodał nam wiele energii. W sumie to tak dużo miałyśmy energii, że nikt z Was w tym lasku by nas nie dogonił! Doszłyśmy do anioła i wszystkie nieco się zaniepokoiłyśmy. On się rozpadł! Słyszał ktoś z Was kiedyś o upadłym aniele, który się rozpadł? To nie mógł być dobry znak! M chwilę pomruczała coś o śmieciach w lesie i poszłyśmy dalej, stałą trasą. No i wtedy podczas rutynowego węszenia, Rika znalazła coś pod liśćmi. Wszystkie zleciałyśmy się zobaczyć co to za skarb. O nie! Ja te powolne ruchy rozpoznam wszędzie. To budząca się po zimie żaba! Nawet tu nie dadzą mi spokoju – pomyślałam. M podeszła i kazała nam się odsunąć.  Liście odsłoniły płaza i wtedy to się dopiero porobiło. powiedziała, że to ropucha i mamy się nie zbliżać. O nie ! O nie! Dopiero wtedy dotarło do mnie co się tak na prawdę stało. Znalazłyśmy żabę zarażoną tym wirusem! Cała w pryszczach! W lesie miało go nie być, a jednak! Zrozumiałam że żaba zarażona wirusem, nazywa się ropucha!

Teraz to dopiero będziemy miały kwarantannę… Trzymajcie za nas kciuki. Obyśmy nie spotkały się następnym razem jako Lucynucha, Rikucha i Balbinucha!

 

 

20200306_143335

 

Ptaszek wkurzaszek

Rika:

Czasami dni są bardziej ciemne, niekiedy są takie jakby jaśniejsze, a bywają takie super jasne, że aż wszędzie świeci się kurz. Najwięcej  tego kurzu to się pojawia jak M rano podnosi kołdrę i każe nam  już wstawać. Mówi wtedy „wstawać smrody małe, idziemy na kawkę!” My jeszcze chwilę zawsze ziewamy a później Lucyna podkłada mi głowę do lizania. Sama ją do tego przyzwyczaiłam, więc nie mogę teraz narzekać. Liżę ją zazwyczaj chwilę po główce, później iskam zębami, następnie przekształca się to w delikatne gryzienie, a na sam koniec  jest szaleństwo na całego. Biegamy w trójkę po łóżku, skaczemy i gryziemy się na zmianę. To zabawa taka, a nie coś poważnego! Łóżko jest miękkie i tam najfajniej bawi się w MMA! Tylko, że tej zabawy M nie rozumie wcale. Strasznie się na nas denerwuje i wtedy to już musimy schodzić w tempie natychmiastowym i iść na tę kawkę. Kawka to znaczy to, że M pije coś w kubku z naszym wizerunkiem, a my jemy śniadanko.

M musiała rano trochę popracować, ale na szczęście przy komputerze dlatego cały czas mogła nas tulić. Zerkała co chwilę  za  okno. Jak tu nie zerkać, skoro dzień dzisiaj zdecydowanie jest jednym z  dni „super jasnych”. W końcu pękła i radośnie powiedziała „jedziemy nad morze!” Juhuuuu! Zaczęłyśmy biegać i szukać zabawek, po czym grzecznie ustawiłyśmy się w rządku, aby M mogła ubrać nam szelki. Śpiewałyśmy sobie piosenki z radia całą drogę, a słońce świeciło za oknem. Zgodnie stwierdziłyśmy, że powoli czuć już wiosnę.

Pojechałyśmy w miejsce, gdzie mieszkają skurczydziki. Na szczęście teraz ich nie było. Wysiadłyśmy radosne z samochodu i już za chwilę biegałyśmy wolno po plaży.  Było ciepło, jasno i radośnie. M ściągnęła buty, zostawiła je na piasku, po czym ruszyłyśmy na spacer. Mijałyśmy sporo osób, co nam się nie za bardzo podobało. Zazwyczaj ludzie bardzo zwracają na nas uwagę. Teraz chyba jednak, dziwili się bardziej  na widok M spacerującej na bosaka. Wyglądała dosyć dziwnie, ubrana w zimową kurtkę. My też zawsze chodzimy bez butów, więc nam się podobało.

Stanęłyśmy sobie „na końcu”. Wiecie, że jest nad morzem takie miejsce, że już dalej się iść nie da? To, że morze jest z przodu to wiadomo, ale „na końcu” woda jest i z przodu i po bokach. Albo wracasz, albo płyniesz. Więcej opcji nie ma. Tak myślałam do tej pory, ale… słuchajcie! Kiedy stałyśmy sobie tam spokojnie i wąchałyśmy to co morze wypluło, przed nami wylądował ptak. Aha! Czyli jest trzecia opcja! Można stąd odlecieć!  Tak też ptak zrobił, bo w sumie wyboru nie miał. Lucyna ruszyła w jego kierunku z takim pędem, że jakbym jej nie znała,  to sama bym odleciała na jej widok. I wtedy ptak zaskoczył chyba nas wszystkich. Oderwał się od ziemi i nisko nad sam wodą, tuż przy  brzegu okrążył nas i  wylądował w miejscu, gdzie zobaczyłyśmy go po raz pierwszy. Lucyna była w tak ogromnym szoku, że aż chwilę przystanęła nieruchomo. Nie jednego ptaka już w życiu goniła, ale żaden nie odważył się wrócić. Mała bostonka, o jeszcze jakże niewypracowanej cierpliwości, nie zamierzała się długo namyślać. Ruszyła na ptaka z jeszcze większą zawziętością niż za pierwszym razem. Ten odleciał, ale ruszył dokładnie w tę samą trasę co za pierwszym razem! Po prostu nas okrążył i wylądował w swoim miejscu. Patrzył na Lucynę wzrokiem, niesamowicie jak na ptaka wymownym. My z Balbisią to już się zaczęłyśmy delikatnie podśmiechiwać,  bo to ewidentnie była jakaś gierka. „Na końcu” nie ma roślin, nie ma ptasich gniazd, nie ma nic oprócz piasku. Po co on przed nami stanął? A może te ptaki nie są takie głupie? – pomyślałam.  Lucyna nie mogła oderwać wzroku od tego latającego cwaniaka. Patrzyli na siebie jak zaczarowani. Po chwili ptak ruszył po raz trzeci.  Uniósł się na swoją ulubioną wysokość i spokojnie nad samym brzegiem zakreślił  na około nas okrąg. Lucynka ruszyła za nim.  On leciał, a ona biegła równo pod nim okrążając nas. Tym razem jednak wyglądali jakby się zrozumieli, jakby lecieli razem…

 

20200220_22531120200220_22515920200220_13494220200220_22521420200220_22535220200220_225249

Skurczydzik

 Lucynka:

Był czas kiedy myślałam, że na świecie są tylko ludzie, psy, koty, ptaki i kury. M właśnie mnie poprawiła, że kury to też ptaki. Sprawdzę to później, ale wydaje mi się, że może nie mieć racji, bo kury nie latają. To było bardzo dawno temu, kiedy tak myślałam. Jakiś miesiąc albo dłużej. Teraz już jestem mądrzejsza bo wiem, że istnieją jeszcze mali ludzie, robaki, żaby i skurczydziki. Te ostatnie spotkałyśmy jakiś czas temu jadąc na plażę. Stały na środku drogi i na na nas patrzyły. M zatrzymała się bo jeden przechodził blisko samochodu. Przed nami jechała ciocia z naszą koleżanką Zumbą.  Ona tak szczekała, że aż u nas było słychać. My też zaczęłyśmy być bardzo głośno. Wrzeszczałyśmy „sio skurczydziki! sio!” One tylko stały i na nas patrzyły. Za chwilę           M ruszyła i po paru minutach dojechałyśmy na morską plażę. Biegałyśmy  tego dnia z Zumbą do utraty sił.

Ta przygoda to był pierwszy raz, kiedy miałam okazję poczuć jak pachnie skurczydzik. Znajdowałam taki zapach już kiedyś w lesie i zawsze go sobie wąchałam, nigdy jednak nie wiedziałam kto go zostawia. Teraz już wiem i jak się dzisiaj okazało, ta wiedza bardzo mi się przydała.

Dzisiaj rano M dała nam jeść a później pojechała na jakieś spotkanie. To akurat była najgłupsza część dnia. Na szczęście po powrocie ubrałyśmy się i poszłyśmy na spacer. Pogoda była piękna, mówię Wam. Słońce świeciło tak w oczy, że prawie nic nie widziałam. Szłyśmy razem w stronę lasu. Uwielbiam tę trasę, jednak  muszę  powiedzieć, że początek drogi jest najmniej fajny. Najpierw swoim niskim głosem odstrasza nas Szogun- pies sąsiadów. Jeny on jest taki wielki, jak 6 Balbinek albo jak 5 Rikusiów.  Dobiega do płotu, kiedy nas tylko widzi. Szczeka wtedy tak głośno, że wszystkim sąsiadom szyby w oknach drżą. Ziemia też drży, kiedy biegnie. Mijamy Szoguna lekko poddenerwowane, ale M ciągle wtedy powtarza spokojnym głosem” wszystko dobrze, idziemy dalej, wszystko dobrze idziemy dalej „. Podejrzewam, że ciocia Paulina kazała jej tak do nas mówić. Później mijamy tego psa, którego nie widać, ale słychać. On mieszka za żywopłotem. Rika powiedziała mi, że podobno jest czarny. Balbina twierdziła za to, że jest rudy.  M nic mówiła oprócz tego swojego ” wszystko dobrze, idziemy dalej”. Następny etap  drogi prowadzi prosto i  tam mamy czas na błogi spokój. To taka cisza przed burzą, bo za zakrętem czyha na nas  duet bandziorów. Dwa wielkie psy za płotem, które nigdy nie odpuszczają. Są prawie tak duże jak Szogun. Skaczą na siatkę i biegają wzdłuż całego ogrodu w jedną i drugą stronę. Czasami mają kłopot z synchronizacją i zamiast biec w tę samą, to rozpędzone uderzają same w siebie. Kiedyś  my z Balbiną też nie mogłyśmy się opanować i tak głośno szczekałyśmy mijając je, że nie było nawet słychać  tego „wszystko dobrze, idziemy dalej”.  Teraz nauczyłyśmy się już to ignorować i zaciskając zęby idziemy w stronę celu. Później jeszcze tylko mijamy małego, rudego kundelka i nareszcie jest.  Nasz las. To miejsce jest magiczne. Drzewa zrobiły tam dywan z liści i trzeba mocno kopać, żeby znaleźć ziemię. Wszystko jest złote i pięknie pachnie. Biegamy zawsze jak szalone tam i z powrotem po tym lasku.  Przechodzimy następnie na drugą stronę do działek ogrodowych i powoli zmierzamy do domu. Tak było i tym razem. My już znamy tę drogę jak własną kieszeń, więc zawsze idziemy pierwsze. M jest fajna, ale chodzi dosyć wolno. Szłyśmy i tym razem sobie z Rikusią i Balbinką przodem, obwąchując każdą ciekawą rzecz. Wtedy mnie olśniło.  Obok tego zapachu nie da się przejść obojętnie. Znalazłam zapach skurczydzika! Możecie wierzyć lub nie, ale coś mnie nagle opętało. Położyłam się w tym zapachu na plecach, turlałam się i tarłam aż zobaczyłam otaczające mnie kolorowe chmurki a w uszach usłyszałam dźwięk najpiękniejszej muzyki. Nie chciałam kończyć tego zabiegu.  To było super! Czas też chyba musiał jakoś przyspieszyć, bo po sekundzie odchyliłam powiekę i zobaczyłam  M stojącą nade mną. Nie wiem jakim cudem nagle tak szybko mnie dogoniła. Kiedy zaczynałam turlanie, była daleko z tyłu. Miała minę podobną do tej ostatnio. No wiecie … wtedy jak bawiłam się z kurą. Kazała wstać, więc wstałam. Zapięła nas na smycze i ruszyłyśmy. Za chwilę wkroczyłyśmy w teren zamieszkalniowany. No i wszystko od początku…tylko, że od tyłu. Najpierw mały rudy, kundelek, następnie duet bandziorów tyle, że teraz nic nie było tak jak zawsze. Możecie wierzyć lub nie, ale urosłam chyba z 20 cm. Dochodząc do bandziorów to już nawet 25cm. Zrobiłam się też szersza i taka bardziej umięśniona. Moje barki zaczęły bujać się na boki przy każdym kroku. Powieki opadły, a mój przodozgryz był widoczny bardziej niż zawsze. Zapach skurczydzika był cudowny, wspaniały i silny. Ja byłam silna.

Bandziory spojrzały na mnie z podziwem. W ich oczach widziałam znikającą pewność siebie. Nie musiałam szczekać, nie musiałam nawet przyspieszać kroku.  Byłam duża, silna i niezniszczalna. Powinni ten zapach sprzedawać w sklepach  – pomyślałam. Mijając psa, którego słychać, ale nie widać upewniłam się w swojej mocy. Oczywiście, nie było go widać, ale wyjątkowo nie było go też słychać! Leżał pewnie biedak gdzieś skulony ze strachu w kącie. Kiedy doszliśmy do Szoguna miałam już chyba metr wysokości. M dalej uparcie powtarzała ” wszystko dobrze, idziemy dalej”. Te słowa nie były mi w tej chwili do niczego potrzebne. Pewnie, że dobrze – pomyślałam. Za chwilkę stałyśmy już pod drzwiami naszego domu.

W środku czekał na nas wujek K. Podbiegłam radośnie do niego. Wskoczyłam mu na kolana i tak bardzo chciałam opowiedzieć o zapachu siły skurczydzika.Musiałam zeskoczyć jednak, żeby zabrać Rice moją zabawkę. W tym czasie mojego zeskakiwania wujek powiedział oburzony ” Co tu tak śmierdzi fekaliami?!” M podeszła do mnie i zaczęła wąchać. „Eh” jęknęła. Wzięła mnie na ręce, trzymając dość spory dystans od swojego ciała. Wsadziła do wanny i puściła ciepłą wodę. Umyła mnie dokładnie szamponem. Mówiła, że to szampon hipoalergiczny. Nie wiem czy hipo czy dziko, ale znów byłam sobą.

 

84065944_1031717917283334_4211522687098421248_n

84591997_2204785903151097_6378920934513836032_n

 

84730844_472834040053260_4235593324502712320_n

 

Telewizja

Balbina:

Tę historyjkę biorę dzisiaj na siebie, bo jakby nie patrzeć, to ja byłam w niej najważniejsza. Opowiem Wam ją ze szczegółami, bo dobrze się bawiłam i fajnie mi się      o tym gada. Nareszcie dali mi zajęcie, w którym mogłam się trochę wykazać. Nie wiem, czy kiedyś Wam o tym wspominałam, ale bieganie za patykami  na spacerze czy przepychanki w psim parku, to nie jest moja ulubiona rozrywka. Nie lubię też się brudzić. Jakoś tak lepiej się bawię, kiedy zadanie  wymaga zwiększonego myślenia. Fajnie, że ktoś to nareszcie docenił i zostałam poproszona o występ w telewizji.  Tak , wiem,  …lokalnej, ale zawsze to coś. Mają tam program o psach i miałam zagrać pieska u weterynarza. Pomyślałam, że biorę tę rolę, byleby zastrzyków nie dawali. Później okazało się, że audycja ma charakter edukacyjny, co dodatkowo połechtało moje ego. My już kiedyś grałyśmy w tym programie, ale wtedy to było super łatwe, bo grałyśmy same siebie i M o nas opowiadała. Cieszę się, że inne pieski dowiedzą się jak powinny zachowywać się na takiej wizycie. Rika i Lucynka też powinny obejrzeć ten program, bo trzęsą portkami za każdym razem, kiedy idziemy do lekarza. Ja zawszę wchodzę do Pani doktor z ciekawością, nawet nie potrzebuję smyczy, bo nie mam w zwyczaju zaczepiać psów i właścicieli,  czekających w kolejce. Nie odstępuję też M na krok. Wchodzę do gabinetu i zerkam, co lekarz ma pod biurkiem. Jak nic ciekawego, to wskakuję temu panu pomocnikowi, w zielonym ubranku na kolana. On jest fajny i zawsze nawet zastrzyki daje tak, że nie boli. Pogadamy tam zazwyczaj chwilę i wracamy do domu. Naprawdę nie wiem, co w tym strasznego.

Zdziwiłam się, że na nagraniu nie było nikogo w zielonym ubranku tak, żeby grał pana pomocnika. Pomyślałam, że program może być mało wiarygodny, ale przecież ja nie jestem reżyserem, tylko aktorem, więc postanowiłam się nie odzywać. Była za to ciocia Paulina. Na nagranie zabrałyśmy też Lucynkę. Ja wiedziałam, że z nią będą kłopoty, ale się uparli, że przed nagraniem poćwiczą z nią detekcję. Poćwiczyły chwilę , ale mi się już nudziło czekanie i postanowiłam im przeszkodzić. Na szczęście, właśnie wtedy wszedł pan z kamerą. Obszczekałyśmy go z Lucyną, ale teraz tak sobie myślę, że to było bez sensu. Na czas nagrania Lucynka miała siedzieć w jej ulubionym kuferku i jeść konga, ale nagle sobie wymyśliła, że ona nie chce konga, tylko będzie z nami nagrywać. Ewidentnie chciała podebrać mi rolę. Tylko ja nie wiem, jak ona chciała grać coś o czym nie ma pojęcia. Jakby to była opowieść o tym jak szybko uciec od weterynarza, to wtedy mogłaby sobie grać. Czasami udawało nam się przygotować sceny bez jej udziału, ale niestety, obawiam się, że efekt końcowy może nas zaskoczyć i ona będzie tam częściej niż się spodziewam.

Pan z kamerą powiedział, żebyśmy się trochę oswoiły, ale ja wolałam zacząć już grać. Zrobiłam próbę generalną i wskoczyłam na przygotowany stolik. Spojrzałam następnie w kamerę i wszyscy się zaśmiali. Pan mnie chwilę pokręcił, a następnie swoje 5minut miała ciocia Paulina. Przywitała wszystkich widzów i zrobiła odpowiedni wstęp. Później podeszła do mnie i pokazała jak trzeba dotykać pieski. Ja stałam nieruchomo, uśmiechając się trochę do kamery.  M stała cały czas obok i też będzie w telewizorze. Dotykały mnie chwilę na tym stoliku, po czym ciocia powiedziała do M, żeby kazała mi usiąść. No wiecie co? Przecież ja to słyszałam i nie potrzebuję M do tłumaczenia. Po prostu usiadłam, zanim ona zdążyła powtórzyć. Później musiałam podać łapki i położyć się. Banalne zajęcia, więc nie będę Was zanudzać dokładnym opisem. Lucyna oczywiście cały czas wskakiwała do nas na ten stolik i próbowała robić coś mądrego, ale wytrawny widz od razu wypatrzy jej nieprzygotowanie do roli. Na sam koniec, musiałyśmy po prostu poprzeciągać się szarpakiem. To nam wyszło genialnie, bo dużo ćwiczymy w domu. M obiecała,że wrzuci tu Wam ten filmik. Ja nie umiem tego zrobić, bo nie mam kciuka przeciwstawnego, ale ona wrzuci skoro obiecała.

 

Obiecany filmik 🙂  My występujemy od 12.30 minuty 🙂

 

83487039_225603441788339_7509020692306722816_n

Jorge

Balbinka:

Wspominałam Wam kiedyś o wujku K? Wujek to brat M i kocha nas bardzo. Zawsze się nami opiekuje, kiedy M i A muszą coś załatwić. Dzięki niemu, nie czujemy się samotne        i nie musimy niszczyć butów.  Wujek nazywa mnie Balbek. Chyba nie umie wypowiadać długich imion albo coś, bo na Lucynkę mówi gówniak, a na Rikę – niuniuś. My już się nauczyłyśmy tych  przezwisk i wiemy kogo woła.

Wujek K to taki żartowniś i często się z nami się wygłupia. Nosi nas na rękach i tańcujemy albo gra na kartonowej tubie po folii aluminiowej. A raczej grał… Po ostatnim incydencie, kiedy Lucyna ugryzła go przez to w tyłek, już zrezygnował z tej zabawy. Prawdę mówiąc, ja też wolę bardziej intelektualne zajęcia. M mówi, że ja potrzebuję dużo zajęć umysłowych i że jestem bardzo mądra. Może dlatego. Bezsensowne gonitwy i zabawy bez wyraźnej logiki , nie interesują mnie już od szczeniaka.

Historia pewnego wieczoru, którą chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, dość mocno wiąże się   z wujkiem. Nie było to oczywiste od początku, ale z czasem wyszło szydło z worka. Zaczęło się od tego, że M i A pod choinką znaleźli okrągłego robota, który jeździ po domu i odkurza. Podobno chodzi o nasze włosy, ale aż taka mądra nie jestem i nie rozumiem , jak on może chcieć jeść naszą sierść. My pod choinką znalazłyśmy konga i to był o wiele lepszy prezent. Tak czy siak, jeździ ten robot po domu i kręci się bez sensu już drugi tydzień. Nadali mu imię Jorge (wymawia się Horche) i wszyscy już nawet się do niego przyzwyczaili. Babcia powiedziała, że on uczy się rozkładu ścian w naszym domu, ale nic nie wspominała o tym, że uczy się też mówić! Chyba sama o tym nie wiedziała, bo nieźle się wszyscy zdziwili, kiedy w trakcie odkurzania Jorge nagle krzyknął  ” Ale pod tym łóżkiem jest brudno!”  Odbił się następnie od ściany i jęknął „Ups”. Babcię i M strasznie to rozśmieszyło, ale nam nie było do śmiechu. Lucynka miała niezłego pietra. Odkurzacz za to zaczął się rozkręcać i przedrzeźniać ją słowami  „Lucynka gówniak! Lucynka gówniak!”.  Przeszło mi przez myśl, że on zmądrzał i nauczył się ludzkiej mowy, bo M ogląda codziennie „1 z 10ciu”, ale wtedy mówiłby chyba mądrzejsze rzeczy.

Jorge poobijał się jeszcze kilka razy od ścian jęcząc „Ups”, po czym zaplątał się w dywan    i powiedział ” Jak ja mam stąd wyjechać?!”  Wujek wszedł do pokoju i zdziwiony spytał, kto to mówi. Ja od razu wiedziałam, że on to zdziwienie udaje. Zawsze wiem,  kiedy kłamie i robi żarty. Zaczęłam na niego skakać, a on mnie tulić i mówić „Balbuś” odkrywając przy tym telefon.

Jak to dokładnie działało to Wam nie powiem, bo jakby na to nie patrzeć, wciąż jestem psem i na elektronikach się nie znam. M mówiła coś o głośniczku i wpisywaniu w telefonie słów do symulatora mowy. Śmieszne czy nie śmieszne, ocenić musicie sami. Ja się cieszyłam, że bateria mu się wyczerpała.

82692653_2653175884720010_6168384240414097408_n

81951681_1222126314660553_4452101595101921280_n

Behawiorystka

Lucynka:

 

Jeszcze Wam o tym nie mówiłam, ale czasami muszę chodzić do cioci Pauliny. Niekiedy  ciocia Paulina przychodzi też do mnie. Ta ciocia jest trochę inna od moich codziennych cioć, bo ona nie przychodzi mnie brać na kolana i głaskać. Ona …no ten… jakby to powiedzieć …hmm…daje mi zadania! M mówi, że mam niezły charakterek i ciocia Paulina przychodzi pomóc nam go ogarnąć. Podobno, też moja rodzina mogła bardziej przyłożyć się do socjalizacji i więcej czasu spędzać w mieście, jak byłam mała. Jak dla mnie to głupoty, ale w sumie, to mi się te nowe zadania całkiem podobają, to niech tam sobie robią co chcą. M mówi, że jestem małym zadymiarzem i chciałabym, żeby tylko na mnie zwracać uwagę. No pewnie, że bym chciała… nudzi mi się jak oni akurat zajmują się Balbiną albo Riką. Najgorzej jednak, jak siedzą nieruchomo i głaszczą kota, bo wtedy to nawet nie można wskakiwać i lizać.

Dzisiaj ciocia Paulina też przyszła i miałyśmy dziwne zadanie. Musiałam wąchać goździki. Tak wiem , jakby rosły w ogródku, to jeszcze całkiem normalne, że się wącha , ale oni wsypali do słoika i ja miałam wąchać. To była jakaś detekcja czy coś w tym stylu. Nawąchałam się tych goździków, oni dawali chrupki Berry i tak zleciała ta wizyta. Później dali mi domek taki kuferkowy i powiedzieli, że jest tylko mój! Tak !Nareszcie mam domek tylko dla siebie. Najpierw trochę bałam się tam wejść, ale później wsypali mi tam chrupki i dali poroże do gryzienia i teraz już często tam sobie siedzę. M mówi, że czasami wyglądam jak ślimak, który wysuwa się ze skorupki i chowa znów do środka. Śmieszne. Ja nie jestem taka mięciutka jak ślimak.

Po wizycie cioci, M poszła zamknąć kury. My musimy je zamykać na noc, żeby jakieś potwory ich nie zjadły. Ja zawsze muszę biec pierwsza, żeby jej pokazać gdzie się idzie. Muszę to zrobić bardzo szybko, bo jakby tam jednak był jakiś potwór, to musiałabym go ugryźć, żeby obronić M. Tym razem potworów nie było…jajek w sumie też niewiele. Czasami sobie myślę, że te kury są trochę bez sensu. Nie robią nic fajnego i nie ma z nimi żadnej frajdy.  Parę dni temu spędzałam sobie z nimi czas w ogródku i pomyślałam, że pobawię się z jedną w kąciku. Podgryzałam ją jak Rikę, później skoczyłam na nią i zrobiłam obrót a ona nic, tylko jakieś „koooooo koooo”. M wyszła z domu bardzo zdenerwowana i kazała mi zostawić kurę w spokoju. Pomyślałam ok, i tak za fajnie mi się z nią nie bawiło. Zostawiłam ją i zaczęłam uciekać przed M, która wskazała mi drzwi wejściowe do domu i kazała natychmiast wejść do środka. Od kiedy to nawet bawić się nie można? Para już prawie jej leciała z uszu, więc weszłam, ale tak do końca to ja nadal nie wiem o co ta awantura.

79810529_2480695842252183_5010864324776820736_n