Balbie Lato i dziki Boston


Sypiemy się wiecie? Nie martwcie się! Nie ze starości. Wszędzie zostawiamy włosy i tak to się wtedy podobno mówi. A musiał nas czesać ostatnio na tarasie. Ja to tak za tym nie przepadam, chociaż w sumie ani nie boli, ani nic takiego, ale nie lubię po prostu. Przeraża mnie też trochę widok, tych  wyciągniętych włosów. Całe kłęby puchu zaczęły unosić się w powietrzu. Wiatr je porwał i wtedy pomyślałam, że to trochę jakby część mnie umiała latać. A zażartował, że właśnie stąd bierze się Babie lato. Myślę, że trafniejsze jest określenie Balbie lato. Ciekawostką jest to, że ja jestem taka biało-czarna i Lucynka też taka jakaś podobna, ale jak już wyczeszą nam te kłębki to one się robią szare.  Podobno dlatego, że się te dwa kolory  mieszają.

Skoro jesteśmy przy tym temacie, to muszę się z Wami podzielić swoimi przemyśleniami. Kurczę… no bo chodzi o to, że Aya jest biało-czarna, ja też i Lucyna też. Tylko co z Riką? Nie zauważyliście, że ona nie? Przeraziłam się ostatnio, bo przeszła mi myśl przez głowę, że ona jest…no że ona…ciężko jakoś to z siebie wydusić…chodzi o to, że ona może jest adoptowana? Nie żeby to cokolwiek zmieniło. W żadnym wypadku! My się kochamy na dobre i na złe. A i M powtarzają nam to bardzo często. Za każdym razem, kiedy się przeprowadzaliśmy i to nawet do dalekiej Norwegii, nigdy nawet nie przeszło nam przez myśl, że możemy się rozdzielić. Dlatego moje przypuszczenia mają charakter czysto informacyjny. Rika to moją kochana, żarłoczna siostra i tak będzie choćby nie wiem co. Jeżeli  jednak ktoś z Was się bardziej zna na genetyce to piszcie do mnie śmiało.

Ta myśl  pojawiła się w mojej głowie po bardzo ciekawej przygodzie, jaką  miałyśmy parę dni temu.  Przez ostatnie tygodnie, podroży w nieznane i wypraw na zachody słońca mamy bez liku.  Dzika plaża, pomarańczowe niebo i szum morza to coś czego nie da się nie kochać. Raz nawet pojechałyśmy na daleką plażę, naszym turbowozem. Możecie wierzyć lub nie, ale wtedy dużo ludzi nam macha i uśmiecha się do nas. My też im machamy, tak po psiemu. Szczekając zazwyczaj.

W dzień, o którym chcę Wam opowiedzieć, na naszą wycieczkę zabrałyśmy także naszą babcię. Wiało tego wieczoru niemiłosiernie, więc pobiegałyśmy tylko chwilę po plaży. Lucyna wykopała dołek w piasku, coś tam wrzuciła, później to wyjęła i znowu to wrzuciła, a na koniec rozszarpałyśmy to na dwie części. Patyk to chyba był, albo korzeń jakiś.  Babcia i M zaczęły dosyć szybko się zbierać i ruszyłyśmy w stronę samochodu. Do dzikiej plaży droga prowadzi przez las. Najpierw jednak trzeba wejść pod wysoką piaskową górę. Wspięłyśmy się na jej sam szczyt i wtedy musiałyśmy ubrać szelki. To było dziwne. My się nigdzie nie oddalamy przecież. Po co szelki na tej pustej ścieżce? Oho! Co one tak patrzą w jeden punkt na tej drodze ? -pomyślałam. Zaczęłam się wpatrywać i wtedy już wszystko zrobiło się jasne. Tam stał dziki Boston Terrier! Biało- czarny był i taki podobny do nas, ale trochę inny. Pewnie przez zdziczenie trochę „zinniał”. Ogon miał dłuższy i śmierdział dzikością tak, że z daleka już go było czuć. „Szacunek” – pomyślałam. Taki buntownik naszego gatunku, sam poluje i przemierza leśne szlaki. A my na tych smyczach… no wstyd trochę. Szelki kolorowe, odblaskowe i do tego zawieszki z imionami. Aż się czerwona z zażenowania zrobiłam. M i babcia zatrzymały się i poczekały aż dziki Boston zniknie w dzikim gąszczu. Powiem Wam, że wrażenie niesamowite. Kiedy wsiadłyśmy do samochodu, starałam się wypatrzeć go jeszcze przez okno, ale bezskutecznie. Nie wiem czy kiedyś Wam wspominałam, ale my z Lucyną nauczyłyśmy się otwierać tylną szybę. To nie jest jakoś bardzo skomplikowane, bo wystarczy wcisnąć taki przycisk i ona wtedy zjeżdża w dół. Teraz jednak, w porównaniu do umiejętności przetrwania dzikiego Bostona, ten trik wydał mi się bezużyteczną  błahostką.

Wróciłyśmy do domu i poszłyśmy zamknąć kury. W międzyczasie M wybrała numer do cioci Kasi. Kiedy odebrała to podekscytowana M zaczęła jej opowiadać o naszej przygodzie. Jak to byłyśmy na dzikiej plaży i w drodze powrotnej spotkałyśmy dzikiego Bo… co?! Borsuka?

berry 2020 (61)

20200510_16372820200512_17155620200512_142647

Czas iść do roboty

Rika:

M i A wpadli na najgłupszy pomysł świata. I to w trakcie jakże przyjemnego, wieczornego leżakowania.  Wszyscy relaksowaliśmy się razem na kanapie i nic nie wskazywało na to, że ktoś zacznie wyskakiwać z głupimi pomysłami. Przynajmniej nie M i A, bo że Lucynie zaraz coś odbije, tego spodziewa się każdy i wszędzie.  Leżałyśmy sobie z M i patrzyłyśmy głęboko w oczy. W takich momentach  wychodzi ze mnie jakaś silna potrzeba podania łapki. Zawsze ją podaję w chwilach wzruszenia, zakłopotania lub kiedy czuję głód . Obcym też podaję łapkę, jak przestanę już szczekać.  Zazwyczaj nikt nie prosi o łapkę, ale ja wolę podać. Taki odruch już mi się  chyba narobił. Leżąc też potrafię ją podawać.  M chwyciła mnie za paluszki i powiedziała na głos ” Rikusia to jest taka kochana, że mogłaby być psem do dogoterapii. Cierpliwa i taka delikatna do dzieci”. O! widzisz A !  Jak po tym kryzysie coś by nam się popsuło, to my te psy do roboty wyślemy! Testowanie chrupek to za mało. Lucyna podobno ma duży talent to detekcji ( szukania słoików z jakimiś zapachami). Co innego, więc mogłoby im przyjść do głowy, jak nie praca na lotnisku. Każdy w psim świecie, chociaż raz słyszał historie, o psach tam pracujących. Ale serio?! Lucyna?! Przecież ten gówniak, to nieogarnięty huragan, to istne tornado, trąba powietrzna… Tydzień jej pracy na tym lotnisku i nie mieliby gdzie lądować.  Musiałoby ich nieźle przycisnąć, żeby się na to zdecydowali.

Najbardziej ciekawa byłam co wymyślą dla Balbiny. Ona przecież brzydzi się nawet błotem pobrudzić. Chodzić też nie lubi za długo. W dodatku ma bardzo mały zakres tolerowanych temperatur otoczenia. Raz się trzęsie z zimna, a raz dyszy, bo za gorąco. W Cv nie wpiszą jej na pewno, że umie pracować w grupie, bo jedyną grupą z jaką umie pracować jesteśmy my.  Obce psy dosyć szybko ją irytują. Owszem lubi się z nimi poprzeciągać linką, ale skoki, ganianie a tym bardziej podgryzanie to coś, na co Balbina sobie poza domem nie pozwala.

No i wtedy przypomniało im się coś, co od długiego czasu powtarza wujek K. To jest bardzo dziwne, więc trochę głupio mi Wam o tym  pisać. Wujek sądzi, że Balbina widzi więcej niż inni.  Jakby tego było mało, to uważa, że ona zna przyszłość. Nie zrozumcie mnie źle, bo kocham tą moją siostrę nad życie, ale czy to możliwe żeby pies o wyglądzie krewetki miał nadprzyrodzone moce?! Wujek  jednak  chyba na prawdę wierzy w to co sobie wymyślił. Tuli ją często mówiąc ” ohh Balbek…. Ty wiesz… żebyśmy my wiedzieli tyle ile Ty…”.  Ona wtedy wpatruje się w niego tymi swoimi ogromnymi, czarnymi oczami, co tylko utwierdza go w słuszności swojej teorii.  Kilka wieczorów temu, już po kolacyjce, przyłapał Balbinę na nieruchomym patrzeniu w dal i nie mógł się powstrzymać od stwierdzenia: ” Dar a zarazem przekleństwo”.                                                     Balbek nie może nieraz nawet iść sobie spokojnie do kuchni, bo wujek pyta odrazu ” Balbuś idziesz coś sobie przemyśleć?”.

Zaczęły się więc wymyślanki nowego zawodu dla naszej Dalajbalbalama. Obstawianie totolotka, wróżbitka…

A mnie zaczęła nachodzić pewna myśl. Dlaczego nikt nawet nie pomyślał o kocie?! Przecież to właśnie Aya, przepełniona jakże silnymi instynktami mogłaby zdobyć najwięcej pożywienia w ciężkich chwilach!  Jest cicha, szybka i skuteczna. Potrafi gołą łapą złapać nawet muchę w locie. Byłaby także świetnym płatnym mordercą lub ninją. Tylko, że my tu możemy sobie gdybać, ale prawda jest jedna. Kotka do żadnej roboty nie pójdzie. Chyba, że będzie miała ochotę… to pójdzie, ale jak jej minie ochota to się zwolni.

Mam nadzieję tylko, że jak ta praca miałaby się zacząć niedługo, to oni  dadzą nam maseczki, rękawiczki i płyn do dezynfekcji. Wirus nie odpuszcza, ale wiecie co? Spytałam Balbinę czy coś tam widzi w tej przyszłości. Wierzyć, nie wierzyć ale spytać nie szkodzi. Odpowiedziała, że będzie dobrze. Wytrzymajmy jeszcze trochę!

91823204_238843507237343_250168693802139648_n

 

 

 

Upadły Anioł

Lucynka:

Dzisiejszy wpis jest po to, aby Was ostrzec!

Chciałabym się tu z Wami podzielić jakąś super historyjką o wyjątkowej wycieczce, ale wiecie czemu to niemożliwe?! Bo my ostatnio nie mamy super wycieczek! Tak… jeździmy nad morze…nad jezioro…ewentualnie do lasku i to tyle! zabiera mnie jeszcze czasami na przejażdżkę do sklepu osiedlowego, ale wtedy to nawet nie wysiadam z samochodu. Wszystko przez jakiegoś wirusa, który  rozwleka się po świecie. Ja nie wiedziałam           w ogóle o co chodzi, ale M mi wszystko wyjaśniła. Od wirusa się choruje i może być niebezpiecznie. Możemy chodzić tylko do ogrodu i w wyżej wymienione miejsca, ewentualnie jechać do babci, amen.

Jak dobrze, że my jesteśmy z Balbinką i Rikusią takie kreatywne i wymyślamy sobie dużo zabaw w domu, bo inaczej to byśmy zwariowały. Dobrze też, że mamy dużo zapasów. Bez  przysmaków i naszego jedzonka to już byłoby po nas. Wiadomo, że w czarnej godzinie mogłybyśmy zjeść jajka z kurnika, ale wtedy to znowu byłaby awantura. Nie ryzykujemy bo atmosfera w czasie kwarantanny to rzecz kluczowa. Rika też przygotowuje zapasy. Nie do końca rozumiem do czego może jej się przydać pusta rolka po papierze toaletowym i brudna skarpeta, ale skoro to dla niej ważne to wszyscy w domu to akceptują.

Parę dni temu  pogoda była tak piękna, że natura postanowiła obudzić się na dobre. Ja nie wiem jak budzi się natura, ale M tak stwierdziła. Wiem natomiast, że w ogrodzie z ziemi zaczęły wychodzić żaby! Jedna po drugiej. Pełno żab w naszym ogrodzie zrobiło sobie wiosenną imprezkę, a raczej drogę wolnego ruchu do stawu sąsiadów. Nie powiem, żeby mnie to nie denerwowało. Mówiąc dosadniej to ja bym je wszystkie posłała tam gdzie żaby zimują. Tym bardziej się ucieszyłam jak M i A powiedzieli nam, że idziemy na spacer do lasku. Przynajmniej tam nie będzie tych skaczących, gumowych piszczałek.

W lasku ostatnio pojawiła się ciekawa tajemnica.  Możecie wierzyć lub nie, ale w krzakach leży upadły anioł. Skąd się wziął i jak upadł ? Nie wiem! Nie wiem co o tym myśleć. Obwąchałyśmy go dokładnie ostatnio i uznałyśmy sprawę za nieco dziwną. Tym bardziej ucieszył nas pomysł pójścia na spacer właśnie tam. Musiałyśmy koniecznie sprawdzić, czy upadły anioł nie wstał. Szliśmy sobie powolutku i było na prawdę przyjemnie.  Chociaż na chwilę zapomniałam o całej tej wirusowej aferze. Ptaszki rozśpiewały się na dobre i spacer dodał nam wiele energii. W sumie to tak dużo miałyśmy energii, że nikt z Was w tym lasku by nas nie dogonił! Doszłyśmy do anioła i wszystkie nieco się zaniepokoiłyśmy. On się rozpadł! Słyszał ktoś z Was kiedyś o upadłym aniele, który się rozpadł? To nie mógł być dobry znak! M chwilę pomruczała coś o śmieciach w lesie i poszłyśmy dalej, stałą trasą. No i wtedy podczas rutynowego węszenia, Rika znalazła coś pod liśćmi. Wszystkie zleciałyśmy się zobaczyć co to za skarb. O nie! Ja te powolne ruchy rozpoznam wszędzie. To budząca się po zimie żaba! Nawet tu nie dadzą mi spokoju – pomyślałam. M podeszła i kazała nam się odsunąć.  Liście odsłoniły płaza i wtedy to się dopiero porobiło. powiedziała, że to ropucha i mamy się nie zbliżać. O nie ! O nie! Dopiero wtedy dotarło do mnie co się tak na prawdę stało. Znalazłyśmy żabę zarażoną tym wirusem! Cała w pryszczach! W lesie miało go nie być, a jednak! Zrozumiałam że żaba zarażona wirusem, nazywa się ropucha!

Teraz to dopiero będziemy miały kwarantannę… Trzymajcie za nas kciuki. Obyśmy nie spotkały się następnym razem jako Lucynucha, Rikucha i Balbinucha!

 

 

20200306_143335

 

Ptaszek wkurzaszek

Rika:

Czasami dni są bardziej ciemne, niekiedy są takie jakby jaśniejsze, a bywają takie super jasne, że aż wszędzie świeci się kurz. Najwięcej  tego kurzu to się pojawia jak M rano podnosi kołdrę i każe nam  już wstawać. Mówi wtedy „wstawać smrody małe, idziemy na kawkę!” My jeszcze chwilę zawsze ziewamy a później Lucyna podkłada mi głowę do lizania. Sama ją do tego przyzwyczaiłam, więc nie mogę teraz narzekać. Liżę ją zazwyczaj chwilę po główce, później iskam zębami, następnie przekształca się to w delikatne gryzienie, a na sam koniec  jest szaleństwo na całego. Biegamy w trójkę po łóżku, skaczemy i gryziemy się na zmianę. To zabawa taka, a nie coś poważnego! Łóżko jest miękkie i tam najfajniej bawi się w MMA! Tylko, że tej zabawy M nie rozumie wcale. Strasznie się na nas denerwuje i wtedy to już musimy schodzić w tempie natychmiastowym i iść na tę kawkę. Kawka to znaczy to, że M pije coś w kubku z naszym wizerunkiem, a my jemy śniadanko.

M musiała rano trochę popracować, ale na szczęście przy komputerze dlatego cały czas mogła nas tulić. Zerkała co chwilę  za  okno. Jak tu nie zerkać, skoro dzień dzisiaj zdecydowanie jest jednym z  dni „super jasnych”. W końcu pękła i radośnie powiedziała „jedziemy nad morze!” Juhuuuu! Zaczęłyśmy biegać i szukać zabawek, po czym grzecznie ustawiłyśmy się w rządku, aby M mogła ubrać nam szelki. Śpiewałyśmy sobie piosenki z radia całą drogę, a słońce świeciło za oknem. Zgodnie stwierdziłyśmy, że powoli czuć już wiosnę.

Pojechałyśmy w miejsce, gdzie mieszkają skurczydziki. Na szczęście teraz ich nie było. Wysiadłyśmy radosne z samochodu i już za chwilę biegałyśmy wolno po plaży.  Było ciepło, jasno i radośnie. M ściągnęła buty, zostawiła je na piasku, po czym ruszyłyśmy na spacer. Mijałyśmy sporo osób, co nam się nie za bardzo podobało. Zazwyczaj ludzie bardzo zwracają na nas uwagę. Teraz chyba jednak, dziwili się bardziej  na widok M spacerującej na bosaka. Wyglądała dosyć dziwnie, ubrana w zimową kurtkę. My też zawsze chodzimy bez butów, więc nam się podobało.

Stanęłyśmy sobie „na końcu”. Wiecie, że jest nad morzem takie miejsce, że już dalej się iść nie da? To, że morze jest z przodu to wiadomo, ale „na końcu” woda jest i z przodu i po bokach. Albo wracasz, albo płyniesz. Więcej opcji nie ma. Tak myślałam do tej pory, ale… słuchajcie! Kiedy stałyśmy sobie tam spokojnie i wąchałyśmy to co morze wypluło, przed nami wylądował ptak. Aha! Czyli jest trzecia opcja! Można stąd odlecieć!  Tak też ptak zrobił, bo w sumie wyboru nie miał. Lucyna ruszyła w jego kierunku z takim pędem, że jakbym jej nie znała,  to sama bym odleciała na jej widok. I wtedy ptak zaskoczył chyba nas wszystkich. Oderwał się od ziemi i nisko nad sam wodą, tuż przy  brzegu okrążył nas i  wylądował w miejscu, gdzie zobaczyłyśmy go po raz pierwszy. Lucyna była w tak ogromnym szoku, że aż chwilę przystanęła nieruchomo. Nie jednego ptaka już w życiu goniła, ale żaden nie odważył się wrócić. Mała bostonka, o jeszcze jakże niewypracowanej cierpliwości, nie zamierzała się długo namyślać. Ruszyła na ptaka z jeszcze większą zawziętością niż za pierwszym razem. Ten odleciał, ale ruszył dokładnie w tę samą trasę co za pierwszym razem! Po prostu nas okrążył i wylądował w swoim miejscu. Patrzył na Lucynę wzrokiem, niesamowicie jak na ptaka wymownym. My z Balbisią to już się zaczęłyśmy delikatnie podśmiechiwać,  bo to ewidentnie była jakaś gierka. „Na końcu” nie ma roślin, nie ma ptasich gniazd, nie ma nic oprócz piasku. Po co on przed nami stanął? A może te ptaki nie są takie głupie? – pomyślałam.  Lucyna nie mogła oderwać wzroku od tego latającego cwaniaka. Patrzyli na siebie jak zaczarowani. Po chwili ptak ruszył po raz trzeci.  Uniósł się na swoją ulubioną wysokość i spokojnie nad samym brzegiem zakreślił  na około nas okrąg. Lucynka ruszyła za nim.  On leciał, a ona biegła równo pod nim okrążając nas. Tym razem jednak wyglądali jakby się zrozumieli, jakby lecieli razem…

 

20200220_22531120200220_22515920200220_13494220200220_22521420200220_22535220200220_225249

Skurczydzik

 Lucynka:

Był czas kiedy myślałam, że na świecie są tylko ludzie, psy, koty, ptaki i kury. M właśnie mnie poprawiła, że kury to też ptaki. Sprawdzę to później, ale wydaje mi się, że może nie mieć racji, bo kury nie latają. To było bardzo dawno temu, kiedy tak myślałam. Jakiś miesiąc albo dłużej. Teraz już jestem mądrzejsza bo wiem, że istnieją jeszcze mali ludzie, robaki, żaby i skurczydziki. Te ostatnie spotkałyśmy jakiś czas temu jadąc na plażę. Stały na środku drogi i na na nas patrzyły. M zatrzymała się bo jeden przechodził blisko samochodu. Przed nami jechała ciocia z naszą koleżanką Zumbą.  Ona tak szczekała, że aż u nas było słychać. My też zaczęłyśmy być bardzo głośno. Wrzeszczałyśmy „sio skurczydziki! sio!” One tylko stały i na nas patrzyły. Za chwilę           M ruszyła i po paru minutach dojechałyśmy na morską plażę. Biegałyśmy  tego dnia z Zumbą do utraty sił.

Ta przygoda to był pierwszy raz, kiedy miałam okazję poczuć jak pachnie skurczydzik. Znajdowałam taki zapach już kiedyś w lesie i zawsze go sobie wąchałam, nigdy jednak nie wiedziałam kto go zostawia. Teraz już wiem i jak się dzisiaj okazało, ta wiedza bardzo mi się przydała.

Dzisiaj rano M dała nam jeść a później pojechała na jakieś spotkanie. To akurat była najgłupsza część dnia. Na szczęście po powrocie ubrałyśmy się i poszłyśmy na spacer. Pogoda była piękna, mówię Wam. Słońce świeciło tak w oczy, że prawie nic nie widziałam. Szłyśmy razem w stronę lasu. Uwielbiam tę trasę, jednak  muszę  powiedzieć, że początek drogi jest najmniej fajny. Najpierw swoim niskim głosem odstrasza nas Szogun- pies sąsiadów. Jeny on jest taki wielki, jak 6 Balbinek albo jak 5 Rikusiów.  Dobiega do płotu, kiedy nas tylko widzi. Szczeka wtedy tak głośno, że wszystkim sąsiadom szyby w oknach drżą. Ziemia też drży, kiedy biegnie. Mijamy Szoguna lekko poddenerwowane, ale M ciągle wtedy powtarza spokojnym głosem” wszystko dobrze, idziemy dalej, wszystko dobrze idziemy dalej „. Podejrzewam, że ciocia Paulina kazała jej tak do nas mówić. Później mijamy tego psa, którego nie widać, ale słychać. On mieszka za żywopłotem. Rika powiedziała mi, że podobno jest czarny. Balbina twierdziła za to, że jest rudy.  M nic mówiła oprócz tego swojego ” wszystko dobrze, idziemy dalej”. Następny etap  drogi prowadzi prosto i  tam mamy czas na błogi spokój. To taka cisza przed burzą, bo za zakrętem czyha na nas  duet bandziorów. Dwa wielkie psy za płotem, które nigdy nie odpuszczają. Są prawie tak duże jak Szogun. Skaczą na siatkę i biegają wzdłuż całego ogrodu w jedną i drugą stronę. Czasami mają kłopot z synchronizacją i zamiast biec w tę samą, to rozpędzone uderzają same w siebie. Kiedyś  my z Balbiną też nie mogłyśmy się opanować i tak głośno szczekałyśmy mijając je, że nie było nawet słychać  tego „wszystko dobrze, idziemy dalej”.  Teraz nauczyłyśmy się już to ignorować i zaciskając zęby idziemy w stronę celu. Później jeszcze tylko mijamy małego, rudego kundelka i nareszcie jest.  Nasz las. To miejsce jest magiczne. Drzewa zrobiły tam dywan z liści i trzeba mocno kopać, żeby znaleźć ziemię. Wszystko jest złote i pięknie pachnie. Biegamy zawsze jak szalone tam i z powrotem po tym lasku.  Przechodzimy następnie na drugą stronę do działek ogrodowych i powoli zmierzamy do domu. Tak było i tym razem. My już znamy tę drogę jak własną kieszeń, więc zawsze idziemy pierwsze. M jest fajna, ale chodzi dosyć wolno. Szłyśmy i tym razem sobie z Rikusią i Balbinką przodem, obwąchując każdą ciekawą rzecz. Wtedy mnie olśniło.  Obok tego zapachu nie da się przejść obojętnie. Znalazłam zapach skurczydzika! Możecie wierzyć lub nie, ale coś mnie nagle opętało. Położyłam się w tym zapachu na plecach, turlałam się i tarłam aż zobaczyłam otaczające mnie kolorowe chmurki a w uszach usłyszałam dźwięk najpiękniejszej muzyki. Nie chciałam kończyć tego zabiegu.  To było super! Czas też chyba musiał jakoś przyspieszyć, bo po sekundzie odchyliłam powiekę i zobaczyłam  M stojącą nade mną. Nie wiem jakim cudem nagle tak szybko mnie dogoniła. Kiedy zaczynałam turlanie, była daleko z tyłu. Miała minę podobną do tej ostatnio. No wiecie … wtedy jak bawiłam się z kurą. Kazała wstać, więc wstałam. Zapięła nas na smycze i ruszyłyśmy. Za chwilę wkroczyłyśmy w teren zamieszkalniowany. No i wszystko od początku…tylko, że od tyłu. Najpierw mały rudy, kundelek, następnie duet bandziorów tyle, że teraz nic nie było tak jak zawsze. Możecie wierzyć lub nie, ale urosłam chyba z 20 cm. Dochodząc do bandziorów to już nawet 25cm. Zrobiłam się też szersza i taka bardziej umięśniona. Moje barki zaczęły bujać się na boki przy każdym kroku. Powieki opadły, a mój przodozgryz był widoczny bardziej niż zawsze. Zapach skurczydzika był cudowny, wspaniały i silny. Ja byłam silna.

Bandziory spojrzały na mnie z podziwem. W ich oczach widziałam znikającą pewność siebie. Nie musiałam szczekać, nie musiałam nawet przyspieszać kroku.  Byłam duża, silna i niezniszczalna. Powinni ten zapach sprzedawać w sklepach  – pomyślałam. Mijając psa, którego słychać, ale nie widać upewniłam się w swojej mocy. Oczywiście, nie było go widać, ale wyjątkowo nie było go też słychać! Leżał pewnie biedak gdzieś skulony ze strachu w kącie. Kiedy doszliśmy do Szoguna miałam już chyba metr wysokości. M dalej uparcie powtarzała ” wszystko dobrze, idziemy dalej”. Te słowa nie były mi w tej chwili do niczego potrzebne. Pewnie, że dobrze – pomyślałam. Za chwilkę stałyśmy już pod drzwiami naszego domu.

W środku czekał na nas wujek K. Podbiegłam radośnie do niego. Wskoczyłam mu na kolana i tak bardzo chciałam opowiedzieć o zapachu siły skurczydzika.Musiałam zeskoczyć jednak, żeby zabrać Rice moją zabawkę. W tym czasie mojego zeskakiwania wujek powiedział oburzony ” Co tu tak śmierdzi fekaliami?!” M podeszła do mnie i zaczęła wąchać. „Eh” jęknęła. Wzięła mnie na ręce, trzymając dość spory dystans od swojego ciała. Wsadziła do wanny i puściła ciepłą wodę. Umyła mnie dokładnie szamponem. Mówiła, że to szampon hipoalergiczny. Nie wiem czy hipo czy dziko, ale znów byłam sobą.

 

84065944_1031717917283334_4211522687098421248_n

84591997_2204785903151097_6378920934513836032_n

 

84730844_472834040053260_4235593324502712320_n